Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 24/11/7866 15:11:54 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Notatki z mapy
- Osiągnięcia


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : MRUWA
 
Dolomity 2002
 
Wyjechałem z domu 3 września z rana, stając na stopa przy autostradzie na Kołbaskowo. Pierwszy stop za Berlin, drugi do Dessau, potem na stacje CPN, potem prawie do Ulm i pierwsza noc w polu za stacją. Następnego dnia do Innsbrucka, później jeszcze trzy krótkie odcinki i jestem w Cortinie wieczorem.

A TUTAJ TE BZDETY CO PISAŁEM NA ODWROCIE MAPY PRZED SNEM CZASAMI JAK SIĘ NUDZIŁEM.


06-09. Leżę sobie właśnie w opuszczonym schronisku na 2545 m. Piszę przy świetle świeczki, na ścianach poruszają się cienie. Z ust leci mi para. Chyba będzie około 0 stopni. Chmury schodzą coraz niżej i niedługo pokryją okolice. Na razie los mi sprzyja.
Wczoraj spałem w chatce na wysokości 2922 m. Widoki niesamowite, niepowtarzalne. Spotkałem na trudnej ferracie 56 letnią kobietę, która w uprzęży dzielnie grzała naprzód. Niewiem czemu dostałem oklaski od grupy Francuzów, jak poznali moja trasę. W jednym miejscu bałem się masakrycznie. Niemiałem żadnych zabezpieczeń a plecak ciężki a tu ferrata po ścianie a pode mną przepaść. Jak to przeszedłem to nogi jak z gumy. No to idę spać. Pa pa


07-09. Mija trzeci dzień jak nie schodzę poniżej 2000 m. Dla mnie jest to coś. Siedzę sobie właśnie w budce na 2655 m i nie jest mocno zimno (jak wczoraj). Znowu piszę przy świetle świeczki. Godzinę temu wróciłem ze szczytu nieopodal (2980 m.) i znowu władowałem się na ferraty. Ta była najtrudniejsza z napotkanych dotychczas. Dobrze że trochę rzeczy zostawiłem w budce, bo chyba niedbałym rady zejść. Chwilami ręce jakby bez krwi prawie puszczały się linki (do ubezpieczania się).
Na kolacji okazało się, że bardzo ciężko ugotować ryż na tej wysokości i wcinałem twardy. I teraz bąki sadzę. Pogoda mi pasuje. Jest wszystko, deszcz, słońce ,chmury (pierwszego dnia śnieg chwile padał). No to dobranoc.


09-09. No to jak policzę to moja 6 noc w Dolomitach. Wczoraj nocowałem koło stawu w Mizurinie. Jak zszedłem wczoraj z Tofan do Cortiny, to okazało się że jest Niedziela (miałem zegarek jeden dzień do przodu). Spytałem się gościa gdzie jest jakiś sklep otwarty, a on zabrał mnie do Mizuriny, 11 km od Cortiny. Dzisiaj zrobiłem ładny kawałek drogi. Jestem teraz na wysokości 2082 m i nie jest nawet mocno zimno. Zarąbiście mi się dzisiaj szło przez las. Wziąłem pierwszą kąpiel w strumyku. Jutro jak się uda będę nocował na 3111 m. Do tej pory pogoda mi sprzyja i wędruję bez większych problemów. Dzisiaj nie spotkałem na szlaku nikogo. Byłem na krótkiej ferracie ale nie była trudna.
Jest totalna cisza, tylko koja strasznie skrzypi bo jest na sprężynach. Jutro rano ruszam na skróty bez szlaku, zobaczymy co z tego wyjdzie. Oby nie tak jak zwykle. No to gaszę świeczki i kładę się spać bo zdojony się czuję.

11-09. Wczorajsze skróty okazały się masakryczne. Powtórzyła się sytuacja z przed roku. Do przełęczy doszedłem w godzinę, ale schodziłem 4 godziny. Na początku było dobrze ale później musiałem opuszczać plecak żeby zejść. No i nadszedł moment że plecak poleciał z jakieś 40 metrów. Wcześniej wylałem całą wodę i owinąłem butle z gazem w polara. Nasłuchiwałem tylko kiedy eksplodują. Jedna była cała pełna a drugiej końcówka. Powgniatały się ale nie wybuchły. Sam z wielką trudnością, walcząc z godzinkę na skałkach (dziś mam zakwasy w ramionach) zszedłem na dół, odnalazłem plecak i ruszyłem na Monte Antelao. Większych strat nie było: powgniatane menażki i butle, ryż rozwalony i multiwitamina, filtr UV pęknięty, światłomierz nie działa i mam tylko jeden czas a obudowa się wgniotła i chyba się klisza naświetliła.
Później zbierałem wodę ze skały, ale niepotrzebnie bo na górze jest śnieg. Aż za dużo śniegu. Nocowałem w tej budce z 3 Niemcami i rano okazuje się że śnieg pada maxymalnie i zasypało szlak. Oni poszli na szczyt (ja byłem wczoraj jak grad padał) więc ja poszyłem trochę plecak po wczorajszym i czekam na nich bo obiecałem im, że zejdziemy razem. Coś ich długo niema więc wyjdę trochę się rozejrzeć. Była to najwyżej spędzona noc 3102 m. Niebyło mocno zimno ale przez zapadnięte łóżka kości mnie teraz bolą. No to idę ich poszukać w tą zawieruchę.

11-09. Miejsce w którym dzisiaj będę nocował przerosło najśmielsze moje oczekiwania. Jest to drewniany domek w środku lasu nad strumykiem, na wysokości około 1700 m. Niema nikogo, jest pięć łóżek. Dzisiaj, jak Niemcy wrócili z nieudanego zdobycia szczytu, związaliśmy się w czworo linkami i ruszyliśmy odważnie na dół. Było tak masakrycznie ślisko, że poruszaliśmy się strasznie powoli.
Jeden Niemiec był naprawdę wystraszony gdy pierwszy w szeregu zaczął zjeżdżać w dół, ku przepaści a ja kawałek za nim (bo szedłem drugi) , ale na szczęście gdzieś się zaczepiłem i stanęliśmy. Serducha w gardle. Na około 2500 m śnieg się skończył i szło się łatwiej (względnie). Później rozdzieliliśmy się bo miałem inne tempo i zbiegłem prawie do najbliższej miejscowości, gdzie 4 bułki z nutellą i litr mleka wchłonąłem natychmiast. No i po zakupach ruszyłem znowu w górę, po przeciwnej stronie doliny.
Później zgubiłem się w lesie chcąc iść jak zwykle na skróty, ale przy pomocy kompasu odnalazłem szlak i teraz siedzę w tej chatce i zaraz wypiję herbatę , zjem bułę i idę spać.

12-09. Ale się pofarciło dzisiaj (a właściwie teraz). Bo zaczęła się mega ulewa a ja mam dach nad głową ha. Wstałem z rańca i ruszyłem jak zwykle przed siebie przez góry, lasy , przełęcze i doliny i totalnie zdojony dotarłem do miejscowości Allege leżącej nad zalewem małym (a teraz grzmi nawet). No i walnąłem sobie jajecznicę z 6 jaj i piwko plus rodzynki i tak siedzę rozwalony na słoneczku a turyści patrzą się jak na pomnik przyrody. I już tam miałem nocować ale cos tchnęło mnie do wejścia na obecne miejsce a jest to 1655 m, czyli prawie 700 m wyżej. Czasu było niewiele i kawałek drogi.
Grzałem jak parowiec i zacząłem żałować tego piwa. Całe chyba przez samo czoło wypociłem. Ale dotarłem tu i jest nieźle. Niema nikogo. Dzisiaj zrobiłem chyba największą odległość od mojego przyjazdu w Dolomity. Grzałem cały dzień a postoje nie dłuższe niż 40 min. Jestem totalnie zdojony. Myje ząbki i zasnę jak baranek. Kombinuję trochę jak być na Marmoladzie w urodziny , morze się uda zobaczymy.

13-09. 13 w piątek do tej pory minął bez pechowych imprez. Spało mi się trak dobrze, że wstałem dopiero o 7.30 i wędrowałem sobie szukając słońca (choć niebo bezchmurne) i odnalazłem je nad stawem 2100 m ,pod Civettą. Zabrałem się tam do rozbiórki aparatu, który nie działa po tym jak zrzuciłem plecak. Zimno się zrobiło i ruszyłem dalej ze skruchą omijając ferratę na trzytysięcznik. No i tak bez przygód dotarłem wieczorem na bivacco na 2100 m. Przedtem zbierałem wodę skapującą po kropelce ze skały i po 40 minutach miałem pół butelki, ale kuchenka 300 m dalej było poidełko ha. Ale skąd miałem wiedzieć , bez wody bym został. A tak zjadłem sobie rizotto cebulowe i zbieram się do snu.
Jutro z rańca ostro pod górę na 2900 m. Z rana zwykle niebo jest bezchmurne, około 11 pojawiają się chmury. Mój aparat działa tak, że niema światłomierza, jest tylko jeden czas i w dodatku niewiem jaki.

14-09. Mija kolejny dzień. Dzieci sąsiadom rosną... Zbliża się wieczór. W oddali widać Marmoladę a w dole po prawej małą miejscowość nad zalewem. Jestem sobie w bivacco na wysokości 1844 m i będę dziś nocował z dwoma Włochami. Zrobiłem dzisiaj kawałek drogi. Z rańca wdrapałem się na Moiazze i był zarypisty widoczek, a na szczycie śnieg. Potem prawie kilometr w dół , obiadek nad strumykiem. Później trochę w górę , w dół i dotarłem tu dość szybko. Na kolację będzie spaghetti. Szkoda że aparat nie działa bo bym miał czadowe fotki.
No i co tu jeszcze napisać. Jest zarąbiście. Cisza, spokój, żadnych zmartwień. Marmolada stad wygląda nieosiągalnie. Pionowa ściana wysoka i szeroka. Ale zobaczymy. Po marmoladzie będę powoli do chaty się zwijał a później szkółka uhh.

15-09. Nieda się ukryć, ale wyjazd ten będę wspominał jeszcze wiele razy zapewne. Takiej wolności i niezależności już dawno nie doświadczyłam. Siedzę sobie właśnie w domku do którego skierował mnie los. Od rana szedłem szybko i nie w sosie bo bez śniadania z nadzieją że, znajdę supermarket jakiś przed siestą. A tu niedziela (dominica). No to z ostatnim woreczkiem kaszy, ruszyłem pod górę do najbliższego kawałka dachu pod którym chciałem kimnąć się i skoro świt na świeże bułeczki uderzyć. Ale tak to bywa, że daszku nie znalazłem a wszedłem na ścieżkę której niema na mapie i tak zawędrowałem na niemal 2000 m do tej chatki. A w środku cała masa makaronu (tyle że musiałem odbyć godzinną wyprawę po wodę) zjadłem makaron z dwoma rodzajami sosów i ledwo się wtoczyłem na pobliski szczyt na piękny zachód słońca.
Teraz siedzę sobie w środku i jest cieplutko, bo w kominku się pali. Jest maksymalna cisza a księżyc choć nie w pełni, świeci tak że cienie powstają. Zewsząd otaczają mnie góry, w dole jakieś światełka gdzie ludzie w barach ględzą i gawędzą, ktoś się w kimś zakochał, ktoś kogoś zostawił a ja po prostu wezmę moją połamana szczoteczkę i pójdę umyć zęby.

16-09. No to moja 14 noc od wyjazdu z domu. Szybko ten czas leci. Dzisiaj uzupełniłem zapasy i mam plecak pełen żarcia (ale zato ciężki się zrobił znowu). Jestem właśnie po kolacji (pire i tuńczyk) i zaraz będą ciastka i herbata. Jestem w starej drewnianej chatce (co podobno papież tu kiedyś był) na wysokości 1850 m. Byłem dzisiaj na 2624 m i z tego szczytu Marmoladkę widać jak na wyciagnięcie ręki. Wygląda zawodowo.
Pali się ognisko muszę więc dorzucić (a drewna jest mało). Widziałem dziś (jak byłem nogi umyć nad strumykiem) 30 m od chatki jakieś dwa potężne zwierzaki z rogami wielkimi jak cała moja ręka. Trochę się wystraszyłem a one nic. Widziałem je kiedyś na pocztówce ale niewiem co to jest. No i za dwa tygodnie do szkoły Bleee.
Strasznie drogie pieczywo maja ci włosi i do tego puste w środku, ale całkiem niezłe. Cały dzień nie spotkałem dzisiaj nikogo na szlaku. Ale czad. Gdyby nie wioski widoczne daleko w dole to... Zarąbiście jest ale zbliża się kres. Pa Pa czas na ciasteczka.

17-09. Herbata stygnie, zapadł mrok a tu ciągle nic... Mamy wtorek 17 września. Cały dzień piękna pogoda. Jestem sobie teraz na wysokości 2730 m, w standardowej budce wysokogórskiej. Od Marmolady dzieli mnie 3 do 4 godzin więc jak się uda to jutro będę pił na górze białe winko, którego karton taszczę już drugi dzień. Mam nadzieję że ferrata na szczyt nie będzie zbyt trudna.
Wczoraj miałem przeboje (dziś też) po tym gównianym pire. Całą noc się męczyłem. Było zimno, twardo i brzuch mnie bolał. Ale za to dzisiaj zdobyłem kolejny trzytysięcznik. A na kolację kasza z tuńczykiem, wspaniały zachód słońca i już jest zarypiście. Na dworze będzie bardzo zimno, ale budka jest ocieplana i jest dużo koców. Noc jest totalna, jakaś tajemnicza, tak cicho, czasem jakiś kamień się osunie i do tego księżyc coraz większy.

18-09. No i jestem sobie na Punta Penia 3343 m. Jeśli przetrwam ta noc to będzie dobrze. Winko zostało już wypite wraz z ciastkami i rodzynkami. Trochę się upiłem i musiałem zjeść spaghetti ze śniegu, co wyszło na zupę krewetkową z makaronem. Spełnia się jedno z moich marzeń, jestem ponad chmurami. Drugie (które wypowiadam zawsze jak gwiazda spada) jeszcze się nie spełniło ale kto wie.
Stałem tak sobie w swoje 23 urodziny i myśląc sobie że, Jezus nieźle nabroił już w tym wieku. Inspirowany trochę filmem "milion dolar hotel" chciałem trochę skoczyć w ponad kilometrową przepaść i "wyrzucić klucz" (throught away the key") ale przecież nie spełniło się jeszcze drugie moje marzenie.
Teraz świeci słońce, topi się śnieg na herbatę i jest wspaniale. W nocy będzie maksymalna lodówka, zwłaszcza że niema koców tylko wilgotne materace. Jutro chcę zejść lodowcem ,co jest podobno niemożliwe bez raków, ale zobaczymy. Już teraz jestem ubrany we wszystko co mam choć słońce pali w twarz.
Ostatni maniacy Marmolady zmyli się o 15. Teraz dochodzi 17 i oprócz ptaków niema tu nikogo. No i co tu jeszcze skrobnąć. Myślę że mój wyjazd w Dolomity udał się w 100 % i chyba jeszcze tu wrócę ale ze sprzętem na ferraty i zostało jeszcze parę grup i trzytysięczników.
Na pewno życie w górach uczy wiele dobrego. Ktoś napisał kiedyś w zeszycie w bivacco "życie zabiera ludziom zbyt dużo czasu" i myślę o tym cały dzień, a kilka metrów dalej przepaść. Ale myślę że zrobię jeszcze niejedno dobrego w życiu i morze wyjdzie na równo z tymi krzywdami które wyrządziłem innym. Ale przestaję już te bzdety, bo dżez mi jeszcze nie zszedł i pije herbatę, zakładam rękawiczki i czekam na najpiękniejszy zachód słońca (i najzimniejszą noc) i ja przecież na nic nie czekam , ja po prostu...jestem, jestem, jestem żyję i czuję...Jak ptak, jak dziki ptak !

19-09. No i los sprawił że nie śpię gdzieś w polu za stacją bęzynową, tylko jestem na niewielkim acz bardzo ciekawym szczycie około 1650 m , w małej chatce (bez łóżek).
Zszedłem z Marmolady totalnie zauroczony. W nocy w świetle księżyca widziałem od góry chmury które przykryły wszystko dookoła. Wystawały tylko szczyty powyżej 2500 m. No po prostu cos niesamowitego, nie do opisania. To było cudowne. Wstałem przed wschodem słońca i jak wyszedłem na zewnątrz i wiatr zawiał mi w twarz, to myślałem że mi morda odpadnie. Taka lodówka. No ale widoczek. Chmurki pode mną a słońce wschodzi. No i doszedłem do wniosku że przeżyłem najwspanialsze chwile mego życia. Ale trzeba było zejść. U podnóża lodowca spotkałem pierwszych marmoladowców. Jakie zdziwienie wzbudzałem schodząc w dół o tej porze (bez raków w dodatku). Jeszcze mi na koniec na ferracie jakiś kamień, co od lodu się chyba odlepił, tak przywalił w zmarzniętą rękę, że się nieda.
Jak zszedłem na dół zjadłem rizotto i pomarudziłem trochę to była 13. No i co ? Łapiemy stopa do domku. W efekcie odjechałem z 20 km (i 1 km w dół) ale do Cortiny jakoś nic nie jedzie. No to zrobiłem zakupy i spotkałem jednego Rosjanina. Wypiliśmy razem wino i postanowiłem ruszyć 600 m w gorę do bivacco. A jutro jeden dzień grzbietami w stronę Marmolady i jak się uda, w sobotę z rańca zabiorę się z dwoma Polakami co ich spotkałem. Plan jest kruchy ale zobaczymy. A na razie cieszę się, że jeszcze nie pojechałem do domu, mimo że brudem zarastam, włosy skleiły mi się w jedna całość, to czuję się tu dobrze.
Prawie dobę spędziłem na 3343 m i jak stałem na stopa na 1000 m dało się czuć różnicę. Było gorąco i cała twarz mnie paliła ale już jest lepiej. Czeka mnie twarda noc na podłodze, ale będzie zdecydowanie powyżej 0 stopni ha .

20-09. Ostatni dzień. Tak czy owak wędrówki nadszedł kres. Jutro czy spotkam moich Polaków, czy nie to jadę do domku. Dlatego będzie trzeba zejść na dół skoro świt, bo jestem w bivacco na 2552 m i będę tu nocował sobie. Szedłem sobie dzisiaj od rana cały czas po grzbietach kilku górek a na wieczór przyatakowałem jeszcze na małą ferratkę naprzeciwko Marmolady, która z tej strony wygląda zupełnie niegroźnie. Ferratka niby nic, gdyby nie klawe odcinki trasy pod ziemia, czyli tunele w skale. Bez latarki ciemno jak w ciemni.
Ostatni dzień mija i trochę zwała mnie dopada, bo już mogę stwierdzić że był to zajekurczefakinbisty wyjazd. Kto wie czy mój nie najlepszy. A widoczek z Marmolady nieraz rozjaśni mój umysł gdy będę miał doła. 21 września nie spotkałem Polaków i wracałem konwencjonalnie autostopem. Pierwsza noc w ciężarówce spędziłem (u Polaka bez paliwa) za Innsbruckiem. Drugą w pociągu Częstochowa-Szczecin i w poniedziałek szczęśliwie dotarłem do domku.

Po stronie życia , przeciwko śmierci , wbrew ciemnościom MRUWA


 
   
wstęp  |  1
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce









Pozbądź się go! - gronkowiec w gardle - zobacz jak z nim walczyć.