Nasza strona używa plików Cookies. Dowiedz się więcej o celu ich używania i możliwości zmiany ustawień Cookies w przeglądarce.
Witamy jest, 24/11/7992 15:11:54 + Twój Profil             
 
 


Rozdziały
- Relacja z wyjazdu na najwyższy szczyt Dolomitów


Szybki link
- Strona główna
- Aktualności
- Relacje
- Galerie
- Przewodnik
- Forum

- O nas
- Oferta
- Kontakt


Autor : Piotr Bańczyk
 
Relacja z wyjazdu na najwyższy szczyt Dolomitów
 
Odgłos spadających malutkich fragmentów skał powodował podnoszenie się poziomu adrenaliny w naszych organizmach. Ten odcinek szlaku prowadził raz w górę, raz w dół. Taką trasą dotarliśmy do krańca języka lodowcowego.

Przed Marmoladą niestety nie mogłem pozwolić sobie na zaplanowany wcześniej trening - rozchorowałem się (chyba z powodu zmiany klimatu po powrocie z Grecji). Miałem więc szybką kuracje i tydzień w łóżku. Osłabienie dało mi później popalić w górach. No, ale z Łazisk wyjechaliśmy z Januszem zgodnie z planem w piątek, 13 września 2002r, około 20:00. Przejechaliśmy w nocy przez Czechy i Austrie (Wiedeń, Lintz), aby skoro świt znaleźć się we Włoszech. Sobotni poranek upłynął nam na pokonywaniu samochodem mających ponad 2000mnpm dolomickich przełęczy. Około 10:00 znaleźliśmy się nad zalewem na Passo d. Fedaia (chyba 2050mnpm). Po krótkiej przerwie śniadaniowej ruszyliśmy na szlak - nr 606 - chyba najrzadziej wybierana trasa na Marmoladę. Początkowo prowadził on wzdłuż trasy wyciągu. Ten odcinek niewątpliwie najbardziej przypominał nasze rodzime, tatrzańskie szlaki. Mnóstwo kamieni i stosunkowo łagodne podejście na wysokość około 2500mnpm. Dalsza część trasy biegła praktycznie do okoła szczytu. Po drodze mijaliśmy liczne wysokie skały, a na ich zboczach można było zaobserwować spadające w dół kamyki. Niewątpliwie odgłos spadających malutkich fragmentów skał powodował podnoszenie się poziomu adrenaliny w naszych organizmach. Ten odcinek szlaku prowadził raz w górę, raz w dół. Taką trasą dotarliśmy do krańca języka lodowcowego. Tu zmuszeni byliśmy do założenia na siebie uprzęży i związania się linami dla asekuracji. Jak narazie raki były jeszcze nie potrzebne. W kilkadziesiąt minut przeszliśmy lodowiec i na jego skraju zrobiliśmy sobie krótką przerwę regeneracyjną. Była cieplutka herbatka, jakieś kanapeczki i ... oczywiście czekolada JEDYNA (prod. E.Wedel). Po 15 minutach przerwy ruszyliśmy w dalszą drogę. Najpierw musieliśmy poświęcić około 30 minut na wspinaczkę w kierunku Via Ferraty, a następnie około 3 godzin na samej Ferracie, która jak to we wrześniu w górach bywa, była dość solidnie pokryta lodem. Przyznam, że przejście tej drogi i wysokość dość solidnie wyczerpały mój nie zregenerowany po chorobie organizm. Ostatecznie na Marmoladę doszliśmy około 18:00. Na powrót było już mało czasu. Pogoda na szczycie nie była najlepsza - zanosiło się na burzę. Postanowiliśmy więc zostać w znajdującym się na szczycie baraku. Nie było tanio, ale co zrobić? Przy kolacji cali trzęśliśmy się z zimna i zmęczenia. Kiedy trochę zregenerowaliśmy siły, postanowiliśmy jak najszybciej iść spać. Warunki klimatyczne nie pozwoliły nam jednak szybko zasnąć. Ostatecznie około 23:00 zrobiłem sobie spacer do okoła schroniska (było piękne, czyste niebo) i dopiero po nim udało mi się zasnąć. Nad ranem obudził nas hałas powodowany porywistym wiatrem, który miotał zgromadzonym na szczycie śniegiem. Mimo tego, iż miałem na sobie kilka warstw odzieży (m.in. podkoszulek, T-shirta, koszulę flanelową, polar i Gore-Texa), cząsło mnie z zimna. No, ale około 9:00 za oknami rozpogodziło się i mogliśmy wyruszyć w dół. Dołączyliśmy się do trzech Włochów, którzy bardzo dobrze znali tą górę. Schodziliśmy urwiskiem - tuż obok szczytu. Nie było tak strasznie, jak mogło się z góry wydawać - wystarczyła lina, raki i dobre chęci. Pierwsze kilka minut to zejście po śniegu wzdłuż urwiska (tu potrzebne były raki), a dalej już po litej skale w dół. Skała była dość solidna, ale lina bardzo ułatwiła nam zejście - szczególnie, że na tym odcinku nie ma lin ubezpieczających. Kilka metrów przed lodowcem skały były zupełnie oblodzone. Dogadaliśmy się więc z idącą w przeciwnym kierunku grupą - my wciągnęliśmy i umocowaliśmy im linę, po czym zjechaliśmy na niej w dół, a oni bez problemu mogli już iść w górę - nie musieli kombinować, jak umocować linę nad oblodzonym odcinkiem ściany. W taki sposób po około godzinie schodzenia z urwiska znaleźliśmy się na lodowcu. Teraz było już z górki. Związaliśmy się linami i trawersem przeszliśmy lodowiec. Przy stacji kolejki rozstaliśmy się z naszymi włoskimi towarzyszami i ruszyliśmy w stronę samochodu (P.d.Fedaia). Około 14:00 jechaliśmy już do domu. Tym razem ruszyliśmy inną drogą - wybraliśmy autostrady (odradzam ten wariant ze względu na ceny przejazdów autostradami). Ruszyliśmy na Bolzano, następnie Insbruk (moim zdaniem najpiękniejsze miasto w Europie, ale autostrada między granicą z Włochami, a tym miastem jest płatna - 8 Euro!!!), Wiedeń, Cieszyn i około 2:00 byliśmy już w domu.

Wyjazd był fantastyczny, a góra CUDOWNA!!! Do dziś przeżywam tą wyprawę.

... po powrocie z Marmolady przepakowałem plecak i następnego dnia ruszyłem w Tatry... (c.d.n.)

www.banczyk.piotr.prv.pl
 
   
wstęp
Strony przygotował Michał Kalisz
Regulamin Cookies
Ciekawe strony o górach
Beskidy - Noclegi, Kwatery - Ustroń, Szczyrk, Wisła         Góry w Polsce